nine inch nails, atari teenage riot
berlin, olimpiahalle
22 listopad 1999
kiedy dwowiedzialem sie ze istnieje pozliwosc zobaczenia nine inch nails na zywo, zaczalem zyc tym wydarzeniem na dobredwa tygodnie zanim mialo nastapic. poniewaz jednak do konca nie bylem pewien czy bede mogl pojechac so stolicy niemiec, czekalem na te chwile pelen obaw.koniec jednak ten historii okazal sie szczesliwy, bo niedosc, ze zobaczylem koncert, to jeszcze przed samym spektaklem, bylo mi dane rozmawiac z glownym jego autorem.efekt tej rozmowy mogliscie znalezc w poprzednim numerze magazynu. dzis przyszla kolej na sprawozdanie z drugiej czescie tego niezwyklego dla mnie wieczoru. od razu powiem, iz moje spojrzenie na koncert stalo sie inne po tym jak porozmawialem z reznorem.z pewnoscia sam fakt odbycia z nim rozmowy wplynal na to, w jaki sposob potem obserwowalem to co dzialo sie na deskach berlinskiej olipiahalle.
nasz kilkuosobowa wycieczka znalazla sie przed hala dlugo przed tym, jak jej powoje zostaly otworzone.koncert mial sie rozpoczac o godzinie 20-tej. my bylismy na miejscu juz po 17-tej. kiedy sie tam znalezlismy, zastalismy jedynie ok. 10-cio osobowa grupke, chyba najwierniejszych, niemieckich fanow.nad ich i naszymi glowami swiecil na jasnym tle niebieski napis - tonight: nine inch nails. ani slowa o supporcie. bylem nieco zdziwiony faktem, ze gdzies po 90 minutowym oczekiwaniunic w otoczeniu hali sie nie zmienilo, tzn ani ludzi zbytnio nie przybywalo, ani tez zadne okienka ani drzwi sie nie otwieraly. nie chcialo mi sie jakos wierzyc, iz wszystkie bilety na koncert zostaly wyprzedane. bledem moim bylo, jak sie pozniej okazalo, ze patrzylem na to wszystko przez "polskie okulary". u nas na dlugo przed otwarciem drzwi tlumy napieraly na mury hali. tam natomiast na pol godziny przed sztuka cala sala swiecila pustkami. wystarczyl jednak kwadrans przed daniem glownym wieczoru, by zapelnila sie po brzegi.trzeba zdac sobie sprawe, ze berlinczycy maja tego typu atrakcje co wieczor, wiec akurat ten wystep nie musial byc dla nich czyms wyjatkowym.poza tym niemcy porzadek i punktualnosc wypijaja z mlekiem matki, dlatego tez stawiajia sie w okreslonym miejscu i czasie o wlasciwej porze bez zbednego pospiechu. tym bardziej, ze tego dnia aura nie sprzyjala dlugiemu postojowi na swiezym powietrzu, na co niestety my bylismy skazani i co sam przyplacilem pozniej przeziebieniem.
zanim rozpoczal sie sam koncert zorientowalismy sie, ze przyjechalo na niego duzo polakow. dwie polskie dziewczyny, z ktorymi rozmawialem, od berlina dopiero rozpoczynaly swoja podroz z nin. wyznaly, iz starczylo im pieniedzy jedynie na 3 nastepne koncerty. od nich tez dowiedzialem sie o kilku osobnikach z rio de janeiro, ktorzy od koncertu, jaki mial miejscedzien wczesniej w wiedniu, rozpoczeli swa podroz za reznorem i kolegami ( miala ona potrwac az do zakonczenia europejskiej trasy zespolu ).chcieli ponoc przyjechac na wszystkie koncerty na starym kontynencie, ale nie dostali biletow, ktore rozchodzily sie wyjatkowo szybko. przyznacie , ze dzieki takim maniakom mozna odzyskac wiare w sens zycia.
no, dobrze, przejdzmy juz do opisu wydarzen wewnatrz hali, ktora jest w stanie pomiescic 3 tys osobnikow z hakiem, jak mysle i tyle bylo tego listopadowego wieczoru. przy znacznie mniejszym audytorium o godz. 20-tej weszla na scene miejscowa formacja atari teenage riot, ktorej przypadl zaszczyt otwierania wystepu amerykanow. jak dla mnie patrzenie na to i sluchanie tego co robili bylo pryjemnoscia bardzo watpliwa. wrzask i ryk nie do zniesienia. sciana dzwieku, jaka stworzyli byla nie do przebicia.przy kakafonicznych , plynacych z puszki dzwiekach ryczeli przez prawie 40 minut i nic z tego nie wynikalo. jezeli miala to byc prowokacja yo wypadla ona marnie i nieprzekonywujaco. podejrzewam ze gdyby nie wystepowali na wlasnych smieciach, to gdzie indziej nie mieliby szans przed publicznoscia. tutaj natomiast przyjeto ich cieplo. zdecydowanie lepiej a.t.r broni sie moim zdaniem na plytach. musi cos w nich jednak byc, skoro sam reznor zdecydowal sie wydawac ich plyty w stanach. powrzeszczeli i zeszli ze sceny po ok. 35 minutach. po ich wystepie moje narzady sluchowe nie nadawaly sie do uzytku, wiec z trwoga oczekiwalem tego, co bylo jeszcze przede mna.gdy nastala godzina 21.00 sala byla juz pelna po brzegi i punktualnie o tej wlasnie porze zgasly swiatla, rozlegly sie pierwsze dzwieki muzyki i na scene wkroczylo pieciu muzykow pod przewodnictwem dzierzacego gitare w rekach trenta reznora, ubranego w niebieska dzinsowa koszule bez rekawow.od razu uderzyla mnie czystosc brzmienia i klarownosc docierajacych do moich uszu dzwiekow. juz po chwili bylem pewien, ze o swoj sluch nie mam co sie obawiac. bylo ani nie za glosno, ani nie za cicho.po prostu w sam raz.kazdy szczegol, kazde musniecie palcem struny gitary docieralo do kazdego bez przeszkod z nadzwyczajna wrecz jakoscia, bez wzgledu na miejsce zajmowane na sali. po zamknieciu oczu mozna bylo sobie wyobrazic, ze sluchamy w domu koncertowej plyty nin. wrecz niesamowite. rzecz druga to swiatla. ich praca byla perfekcyjnie skoordynowana z dzwiekami wydobywanymi przez muzykow. odnosilo sie wrazenie, jakby pracowala ich jakas niezliczona ilosc, a tak naprawde nie bylo ich tak duzo i paleta barw byla rowniez skromna. nad scena wisialo piec olbrzymich zyrandoli, na ktorych znajdowaly sie podlozne swietlowki i okragle wielkie zarowy. kiedy podczas finalu koncertu zablysly jednoczesnie wszystkie na raz, to trzy tysiace ludzi o malo nie osleplo z wrazenia. stalo sie tak dlatego, poniewaz w czasie koncertu na sali panowal raczej polmrok, spowijajace muzykow i publicznosc. niesamowite wrazenie zrobilo, gdzies w polowie koncertu, spuszczenie przed grupa przerzoczystej kurtyny, na ktorej zaczeto wyswietlac filmy, doskonale wspolgrajace z muzyka. na jakis czas mozna mozna bylo wylaczyc sobie wyobraznie i skoncentrowac sie jedynie na dzwiekach plynacych za sceny.zza kurtyny uslyszelismy wspaniale odegrane wersje min. closer, hurt, mr selfdestruct, the perfect drug. zespol zagral bardzo duzo utworow z nowej plyty w idealnych wprost wersjach. zagrane po kolei the day the world went away, the wretched, even deeper, pilgrimage, no, you don't, la mer, z pierwszego lewego krazka the fragile oraz into the void, where is everybody?, please i starfuckers (dedykowane podobno marilyn manson i courtney love ) z drugiego prawego krazka zafunkcjonowaly tego wieczoru w niezwykly wrecz sposob. nie zabraklo rowniez miejsca dla utworow z pierwszej plyty, na ktore publicznosc reagowala szczegolnie goraco. zarowno sin jak i konczacy zasadnicza czesc wystepu head like a holerozgrzewaly publike do czerwonosci. podobnie przyjete zostaly dwie genialne kompozycje z the downward spiral - piggy i march of the pigs. przy terrible lie, happiness in slavery, wish czy tez granym pod sam koniec last dzialaly na ludzi jak inne fluidy. w czasie trwania calego koncertu zespol sprawial wrazenie niezwykle precyzyjnej maszyny, perfekcyjnie wykonujacej wszystkie utwory. widac bylo olbrzymia koncentracje w grupie, co nie przeszkadzalo poszczegolnym muzykom spontanicznie reagowac... brylowal w tym lider formacji a takze gitarzysta oraz keybordzista danny lohner. pozostali byli skupieni raczej na muzyce. w czasie tych niespelna dwoch godzin nie padlo ze sceny ani jedno zbedne slowo, w ktorych zreszta reznor byl w ogole oszczedny. nie mielismy tez do czynienia z ani jedna sekunda dluzyzny czy tez pieprzenia o byle czym pomiedzy utworami. po prostu weszli na scene, zagrali i zeszli mowiacustami trenta reznora "thank you". lider nindoskonale wie jak zapanowac nad tlumem ludzi, jak wywolac emocje i jak zrobic ze zwyklego koncertu spektakl. tak swiadomego swoich poczynan czlowieka na rockowej scenie dawno nie widzialem. tak jak nie widzialem jeszcze w swoim zyciu tak perfekcyjnie zaplanowanego , zagranego i zorganizowanego koncertu. reznor panowal nad wszystkim w kazdym calu. obejrzana na niemieckiej ziemi sztuke nazwalbym wlasnie bardzo niemiecka, poniewaz doslownie wszystko bylo zapiete na ostatni guzik, a wiec niemcy maja od kogo uczyc sie organizacji i porzadku. przekonalem sie tez tego wieczoru co do jednego, a mianowicie, ze forma przekazu jest rownie wazna co tresc, jesli chce sie osiagnac pozadany efekt. trent reznor mi to udowodnil . uwiezcie mi, ze to co przezylem przez blisko dwie godziny w berlinskiej olipiahalle nie sposob opisac jest slowami, ale probowalem choc po czesci oddac atmosfere tamtych niezapomnianych dla mnie chwil.
tekst: Maciek Kierzkowski
|
|