wokalista placebo, brian molko, powiedział w jednym z wywiadów, że depresja, strach i trawiące twój umysł poczucie zagrożenia są wiodące dla artysty podczas tworzenia płyty. czy takie uczucia towarzyszą również trentowi reznorowi, liderowi nin ? ( rozmawia marta szelichowska-kiziniewicz )
Jaki był twój stan ducha przed i w trakcie nagrywania "Fragile"?
Trent Reznor - Kiedy ukazał się album "The Downward Spiral" (1994 rok - przyp. red.) ruszyliśmy w trasę, która trwała 2 lata. Pod koniec tego okresu byłem emocjonalnie wypalony. Uświadomiłem sobie, że zabrnąłem do miejsca, w którym odnalezienie jakichkolwiek pozytywnych uczuć wydawało się czymś niemożliwym. Byłem pusty. Zamknąłem się przed ludźmi i przed światem, nienawidząc siebie samego i kogokolwiek napotkanego po drodze. W dużej mierze było to związane z moimi relacjami z osobami mi najbliższymi, z ich odejściem na zawsze a także z nieumiejętnością udźwignięcia ogromnego sukcesu, który nagle stał się moim udziałem. (Trent bardzo przeżywał śmieć babci, która po rozwodzie jego rodziców i pozostawieniu go przez nich na ulicy, zajęła się jego wychowaniem - miał wtedy 5 lat. Przed wywiadem poinstruowano mnie, że artysta nie życzy sobie pytań na jej temat - przyp. red.) Często myślałem o tym, co by się stało, gdybym wtedy włożył sobie do ust lufę pistoletu. Chciałem choćby na trochę zwiać do innej, spokojniejszej rzeczywistości i zostawić za sobą ten pierdolony świat.
Czy mógłbyś wyobrazić sobie swoje życie odarte ze stanów depresyjnych? Jak sądzisz, co wtedy byłoby warte?
(długie milczenie) Nic. Nie wydobyłbym z siebie ani jednej nuty. Ten rodzaj psychicznego kung - fu, z którym zmagam się od dziecka jest częścią mojego dowodu osobistego. Załamania psychiczne i depresje były zawsze najsilniejszymi stymulatorami moich artystycznych poczynań. To one są najbardziej frapującymi i twórczymi uczuciami. Dzięki nim mogę nagrywać płyty. Świadomość, że ktoś słucha tej muzyki, udzielanie wywiadów, spotkania z fanami - to wszystko jest rodzajem mentalnej kopulacji z innymi ludźmi. To tak, jakbyś pieprzył się z nimi, jakbyś pozwalał się napastować i sam ich napastował.
Co wpłynęło na twoją muzykę i spowodowało, że teraz brzmi ona z jednej strony tak świeżo, z drugiej, tak jak wskazuje tytuł - delikatnie? Kiedy poczułeś moment, w którym złapałeś "ten" klimat?
Tak jak powiedziałem, potrzebowałem wyciszenia i spokoju. Musiałem zacząć być szczery w stosunku do siebie samego, co od dłuższego czasu się nie udawało. Musiałem zadać sobie podstawowe pytanie: zdecyduj się - chcesz coś zmienić czy nie? Masz pieniądze, jesteś sławny ale co dalej? Jedynym moim celem było skoncentrowanie się na czymś, wykonanie kilku zdecydowanych posunięć w kierunku uporządkowania swojego wnętrza i ruszenie naprzód. Dotarła do mnie jedna z najprostszych prawd, o której zapomniałem: wszystko, co zrobiłem do tej pory jako artysta stało się dzięki miłości do muzyki a nie dzięki pożądaniu kasy, fajnych ciuchów, popularności i całego tego badziewia. Kiedy zwyciężasz, odnosisz sukcesy, zaczyna się kumulować wokół ciebie coraz więcej pokus. I wtedy nigdy nie wolno ci zapomnieć o twoich korzeniach, o miejscu, w którym byłeś na początku. Ja zapomniałem. Kiedy po raz pierwszy usiadłem w studiu nad "Fragile" i zacząłem grać na fortepianie, wtedy powróciły te cudowne emocje, ten dobrze znajomy klimat. Pomyślałem sobie, że przecież o to mi cały czas chodziło, że tego chcę. Dźwięk tego fortepianu był w pewnym sensie moim katharsis.
Mówiłeś wcześniej o odejściu z twojego życia kilku bliskich ci osób. Próby czasu nie wytrzymała twoja przyjaźń z Brianem Warnerem (Marylin Manson - przyp. red.). Dlaczego wasze drogi rozeszły się?
Przyjaźń z nim była jedną z najbardziej wartościowych i najczystszych rzeczy w moim życiu. Byliśmy dla siebie jak bracia. Wiesz, kiedy nagle spada na ciebie uwielbienie i popularność, kiedy odnosisz ogromny sukces, zaczyna ogarniać cię poczucie siły. A to sprawia, że gnijesz jako człowiek. Ja w każdym razie zgniłem. Przekonanie, że mam władzę nad innymi, zniszczyło mnie. Zniszczyło nas obu, zdeptało nasze osobowości. Jestem pewny, że ktokolwiek inny będąc na moim czy jego miejscu, zmieniłby się. Pomyśl tylko: 2 lata w trasie, na każde praktycznie zawołanie posiadanie wszystkiego, na co ma się ochotę, sława - każdy, kto byłby w takiej sytuacji, po powrocie do domu, byłby kimś innym. Byliśmy ze sobą naprawdę blisko. Zdawałem sobie sprawę, że Brian i ja to dwie niezwykle silne osobowości. Dlaczego tak się stało? Szczerze mówiąc, wolałbym oceniać siebie. O nim mogę powiedzieć tylko jedno: osiągnął taki pułap sławy, z którego nie ma odwrotu. Pozwolił, by wszystko co robi było odbierane w kategoriach ekstremalnych, do bólu, do przesady, do upadłego. I nie cofnął się nawet o krok. Nie jest już tym facetem, jakiego znałem wcześniej. Ja też jestem teraz już zupełnie kimś innym. Ale chyba szybciej zdałem sobie sprawę z tego, że mój czas w tej przyjaźni się skończył. Przestałem go rozumieć, uświadomiłem sobie, że jesteśmy dla siebie martwi i nadeszła najwyższa pora by to uciąć. Czy to było bolesne? Tak. Czy żałuję, że nasze sprawy potoczyły się w ten sposób? Tak. Ale stało się i już.
Czy na "Fragile" są utwory nawiązujące do waszej przyjaźni, do jego osoby?
Nie. To są piosenki o czasie teraźniejszym. Nie chcę niczego rozgrzebywać, nie chcę wracać do przeszłości, do tej przeszłości. Chciałbym zachować mój osobisty szacunek dla Briana.
Twoje produkcje często określane były mianem muzycznej rewolucji, twórczości ponadczasowej. Kto dziś, według ciebie, jest najbliższy dokonania takiego przewrotu?
Aktualnie nikt. Obecna muzyka to gówno. Od kilku lat w muzyce popularnej utrzymuje się stan samozadowolenia, konformizmu i nudy. Łatwiej jest mi powiedzieć o przeszłości. Wtedy muzyczny świat formowali tacy wykonawcy jak Prince, David Bowie, Pink Floyd, Jesus And Mary Chain, Ministry, Skinny Puppy. Ja byłem zagorzałym wielbicielem ich twórczości. Wywarli na mnie ogromny wpływ. A teraz? Teraz słychać chaos. Rock jest dziś infantylny i pusty. I nie mówię tak przez zawiść czy zazdrość choć wiem, że pracując w tym biznesie, ciężko jest być obiektywnym.
Twoje pomysły muzyczne często rodziły się w dziwnych miejscach. Mam tu na myśli mieszkanie w Nowym Orleanie, które przed laty wynajmowałeś z ówczesnym perkusistą Nine Inch Nails - Chrisem Vrenną i dom w Hollywood należący swego czasu do Romana Polańskiego. Jak zapamiętałeś ich atmosferę?
Trudno będzie ci uwierzyć ale mój pobyt w tych miejscach i rzeczy, które w nich się wyprawiały przed moim wprowadzeniem się to tylko przypadek. Niezwykle frapujący, mrożący krew w żyłach ale jednak przypadek. Po prostu jeden wielki zbieg okoliczności. Dla mnie nigdy nie miało znaczenia to gdzie mieszkam i tworzę. Na dodatek nie miałem pojęcia o tym, że miejsca te były naznaczone pewnym piętnem. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że kanciapa, w której spaliśmy i nagrywaliśmy z Chrisem to były dom pogrzebowy, a willa w Hollywood to posiadłość Polańskiego, w której banda Charlesa Mansona dokonała rzezi, gwałcąc i bestialsko mordując jego żonę - Sharon Tate. Z czasem dotarły do mnie informacje wręcz nieziemskie - podobno kiedy Polański sprzedawał ten dom, ściany i podłogi były jeszcze gdzieniegdzie zbryzgane krwią. Rzecz wręcz niewyobrażalna!!! Ale z moją weną nie miało to nic wspólnego. Nigdy nie stawiałem sobie za cel znalezienie domu, który pomógłby mi w twórczym orgaźmie. To po prostu nie miało dla mnie znaczenia. Podobnie jest z odbieraniem muzyki.
Słyszałeś już "Fragile"?
Owszem. Słuchałem tej płyty dwukrotnie.
I co, wziąłeś do ręki książeczkę z tekstami i próbowałeś zastanawiać się o czym opowiadają?
Tak, robię to zresztą często.
Niepotrzebnie. Tak naprawdę nie liczy się to, o czym jest dany utwór. Ważne jest jak go odbierasz, jak go czujesz, jak wyobrażasz sobie jego treść. Mam nadzieję, że muzyka na tym albumie przemówi sama za siebie, że dobrze sama się obroni. Nie chciałem jednak, by "Fragile" był zaciemniony moją osobowością. Dlatego min. nie ma płytach moich zdjęć, na tej też nie. Podczas słuchania płyty twoja wyobraźnia musi być czysta. To tak jak z czytaniem książki i oglądaniem później filmu nakręconego w oparciu o nią. Film nigdy nie będzie tak dobry jak książka, bo czytając ja wcześniej tworzysz sobie w mózgu obraz poszczególnych osób, miejsc i sytuacji. Kiedy następnie widzisz to na ekranie i nie odpowiada to twoim idealnym wyobrażeniom, zniechęcasz się do całości. Spotkałem w swoim życiu kilka osób, które uważałem za swoich mentorów i idoli. W bezpośrednim kontakcie okazali się kupą gówna, kompletnymi świrami. Zawsze trzeba zachować trochę niewiadomych, pozwolić by ciekawość pozostawiła w tobie odcisk. Liczy się nie to, o czym mówi dany tekst ale to, co ten tekst znaczy dla ciebie.
Kiedy chodziłeś jeszcze do szkoły, występowałeś w musicalu "Jesus Christ Superstar". Grałeś tam rolę Judasza.
Czy myślałeś kiedykolwiek o tym, by ten musical przenieść do studia i nagrać jego wersję jako Nine Inch Nails?
Skąd, do cholery, wiesz o takich rzeczach?!! Wątpię bym coś takiego zrobił. Nine inch Nails było zawsze celem mojego życia, ale nie znaczy to, że pomysły tego typu są niezbędne do dalszej egzystencji grupy. Myślę, że gdybym nagrał ten musical w swojej wersji, wiele osób kupiłoby to. Nie wiem czy nie byłoby to sztuczne podbijanie własnej popularności. A przecież w Nine Inch Nails nie chodzi o faktury sprzedaży ze sklepów muzycznych, o tatuowanie dla szpanu swojego ciała, o pokazywanie się za wszelką cenę. Moja muzyka to rodzaj układu z moimi wewnętrznymi demonami i upiorami, stymulują mnie do życia, do działania.
Utwór "La Mer" z nowej płyty wydaje się opowiadać o śmierci. Boisz się zestarzenia?
Nie myślę o śmierci, nie próbuje wyobrazić sobie tego stanu. Przez ostatnie kilka miesięcy jestem pochłonięty pokazywaniem się w mediach. Widzę swoje zdjęcia na okładkach magazynów i wciąż pytam sam siebie: czy ten facet ma rzeczywiście 34 lata, czy nie? Moje zużycie biologiczne wynosi właśnie tyle, ale czuję się jakbym był 10 lat młodszy. Nie boję się śmierci, nie mam fobii na punkcie jej nieuchronności.
Powiedz kilka słów o twoim podejściu do religii i Boga.
Podczas nagrywania "Fragile" udało mi się znaleźć zakątek w moim własnym świecie poświęcony wierze. Wcześniej często popełniałem błąd polegający na nieumiejętności oddzielenia religii jako instytucji od życia duchowego i to zaprowadziło mnie w ślepy zaułek. Nie potrafiłem uznać duchowego zauważyć moich własnych potrzeb w tym kierunku. Teraz jestem już innym facetem niż w czasie wydania "The Downward Spiral". Wtedy nigdy nie dopuściłbym do siebie myśli o jakiejś nadprzyrodzonej, duchowej sile. Myślę, że wizja wygodnego, materialnego życia zbyt mocno wtedy mną zawładnęła. Teraz jest inaczej. Mam swoją, prywatną wiarę i nie akceptuję działań zmierzających do zinstytucjonalizowania religii i Boga. Bóg nie jest narzędziem do zdobywania władzy czy pieniędzy. Bóg jest częścią twojego wnętrza, tworzy intymną, duchową stronę twojej osobowości.
wokalista placebo, brian molko, powiedział w jednym z wywiadów, że depresja, strach i trawiące twój umysł poczucie zagrożenia są wiodące dla artysty podczas tworzenia płyty. czy takie uczucia towarzyszą również trentowi reznorowi, liderowi nin ? ( rozmawia marta szelichowska-kiziniewicz )
Jaki był twój stan ducha przed i w trakcie nagrywania "Fragile"?
Trent Reznor - Kiedy ukazał się album "The Downward Spiral" (1994 rok - przyp. red.) ruszyliśmy w trasę, która trwała 2 lata. Pod koniec tego okresu byłem emocjonalnie wypalony. Uświadomiłem sobie, że zabrnąłem do miejsca, w którym odnalezienie jakichkolwiek pozytywnych uczuć wydawało się czymś niemożliwym. Byłem pusty. Zamknąłem się przed ludźmi i przed światem, nienawidząc siebie samego i kogokolwiek napotkanego po drodze. W dużej mierze było to związane z moimi relacjami z osobami mi najbliższymi, z ich odejściem na zawsze a także z nieumiejętnością udźwignięcia ogromnego sukcesu, który nagle stał się moim udziałem. (Trent bardzo przeżywał śmieć babci, która po rozwodzie jego rodziców i pozostawieniu go przez nich na ulicy, zajęła się jego wychowaniem - miał wtedy 5 lat. Przed wywiadem poinstruowano mnie, że artysta nie życzy sobie pytań na jej temat - przyp. red.) Często myślałem o tym, co by się stało, gdybym wtedy włożył sobie do ust lufę pistoletu. Chciałem choćby na trochę zwiać do innej, spokojniejszej rzeczywistości i zostawić za sobą ten pierdolony świat.
Czy mógłbyś wyobrazić sobie swoje życie odarte ze stanów depresyjnych? Jak sądzisz, co wtedy byłoby warte?
(długie milczenie) Nic. Nie wydobyłbym z siebie ani jednej nuty. Ten rodzaj psychicznego kung - fu, z którym zmagam się od dziecka jest częścią mojego dowodu osobistego. Załamania psychiczne i depresje były zawsze najsilniejszymi stymulatorami moich artystycznych poczynań. To one są najbardziej frapującymi i twórczymi uczuciami. Dzięki nim mogę nagrywać płyty. Świadomość, że ktoś słucha tej muzyki, udzielanie wywiadów, spotkania z fanami - to wszystko jest rodzajem mentalnej kopulacji z innymi ludźmi. To tak, jakbyś pieprzył się z nimi, jakbyś pozwalał się napastować i sam ich napastował.
Co wpłynęło na twoją muzykę i spowodowało, że teraz brzmi ona z jednej strony tak świeżo, z drugiej, tak jak wskazuje tytuł - delikatnie? Kiedy poczułeś moment, w którym złapałeś "ten" klimat?
Tak jak powiedziałem, potrzebowałem wyciszenia i spokoju. Musiałem zacząć być szczery w stosunku do siebie samego, co od dłuższego czasu się nie udawało. Musiałem zadać sobie podstawowe pytanie: zdecyduj się - chcesz coś zmienić czy nie? Masz pieniądze, jesteś sławny ale co dalej? Jedynym moim celem było skoncentrowanie się na czymś, wykonanie kilku zdecydowanych posunięć w kierunku uporządkowania swojego wnętrza i ruszenie naprzód. Dotarła do mnie jedna z najprostszych prawd, o której zapomniałem: wszystko, co zrobiłem do tej pory jako artysta stało się dzięki miłości do muzyki a nie dzięki pożądaniu kasy, fajnych ciuchów, popularności i całego tego badziewia. Kiedy zwyciężasz, odnosisz sukcesy, zaczyna się kumulować wokół ciebie coraz więcej pokus. I wtedy nigdy nie wolno ci zapomnieć o twoich korzeniach, o miejscu, w którym byłeś na początku. Ja zapomniałem. Kiedy po raz pierwszy usiadłem w studiu nad "Fragile" i zacząłem grać na fortepianie, wtedy powróciły te cudowne emocje, ten dobrze znajomy klimat. Pomyślałem sobie, że przecież o to mi cały czas chodziło, że tego chcę. Dźwięk tego fortepianu był w pewnym sensie moim katharsis.
Mówiłeś wcześniej o odejściu z twojego życia kilku bliskich ci osób. Próby czasu nie wytrzymała twoja przyjaźń z Brianem Warnerem (Marylin Manson - przyp. red.). Dlaczego wasze drogi rozeszły się?
Przyjaźń z nim była jedną z najbardziej wartościowych i najczystszych rzeczy w moim życiu. Byliśmy dla siebie jak bracia. Wiesz, kiedy nagle spada na ciebie uwielbienie i popularność, kiedy odnosisz ogromny sukces, zaczyna ogarniać cię poczucie siły. A to sprawia, że gnijesz jako człowiek. Ja w każdym razie zgniłem. Przekonanie, że mam władzę nad innymi, zniszczyło mnie. Zniszczyło nas obu, zdeptało nasze osobowości. Jestem pewny, że ktokolwiek inny będąc na moim czy jego miejscu, zmieniłby się. Pomyśl tylko: 2 lata w trasie, na każde praktycznie zawołanie posiadanie wszystkiego, na co ma się ochotę, sława - każdy, kto byłby w takiej sytuacji, po powrocie do domu, byłby kimś innym. Byliśmy ze sobą naprawdę blisko. Zdawałem sobie sprawę, że Brian i ja to dwie niezwykle silne osobowości. Dlaczego tak się stało? Szczerze mówiąc, wolałbym oceniać siebie. O nim mogę powiedzieć tylko jedno: osiągnął taki pułap sławy, z którego nie ma odwrotu. Pozwolił, by wszystko co robi było odbierane w kategoriach ekstremalnych, do bólu, do przesady, do upadłego. I nie cofnął się nawet o krok. Nie jest już tym facetem, jakiego znałem wcześniej. Ja też jestem teraz już zupełnie kimś innym. Ale chyba szybciej zdałem sobie sprawę z tego, że mój czas w tej przyjaźni się skończył. Przestałem go rozumieć, uświadomiłem sobie, że jesteśmy dla siebie martwi i nadeszła najwyższa pora by to uciąć. Czy to było bolesne? Tak. Czy żałuję, że nasze sprawy potoczyły się w ten sposób? Tak. Ale stało się i już.
Czy na "Fragile" są utwory nawiązujące do waszej przyjaźni, do jego osoby?
Nie. To są piosenki o czasie teraźniejszym. Nie chcę niczego rozgrzebywać, nie chcę wracać do przeszłości, do tej przeszłości. Chciałbym zachować mój osobisty szacunek dla Briana.
Twoje produkcje często określane były mianem muzycznej rewolucji, twórczości ponadczasowej. Kto dziś, według ciebie, jest najbliższy dokonania takiego przewrotu?
Aktualnie nikt. Obecna muzyka to gówno. Od kilku lat w muzyce popularnej utrzymuje się stan samozadowolenia, konformizmu i nudy. Łatwiej jest mi powiedzieć o przeszłości. Wtedy muzyczny świat formowali tacy wykonawcy jak Prince, David Bowie, Pink Floyd, Jesus And Mary Chain, Ministry, Skinny Puppy. Ja byłem zagorzałym wielbicielem ich twórczości. Wywarli na mnie ogromny wpływ. A teraz? Teraz słychać chaos. Rock jest dziś infantylny i pusty. I nie mówię tak przez zawiść czy zazdrość choć wiem, że pracując w tym biznesie, ciężko jest być obiektywnym.
Twoje pomysły muzyczne często rodziły się w dziwnych miejscach. Mam tu na myśli mieszkanie w Nowym Orleanie, które przed laty wynajmowałeś z ówczesnym perkusistą Nine Inch Nails - Chrisem Vrenną i dom w Hollywood należący swego czasu do Romana Polańskiego. Jak zapamiętałeś ich atmosferę?
Trudno będzie ci uwierzyć ale mój pobyt w tych miejscach i rzeczy, które w nich się wyprawiały przed moim wprowadzeniem się to tylko przypadek. Niezwykle frapujący, mrożący krew w żyłach ale jednak przypadek. Po prostu jeden wielki zbieg okoliczności. Dla mnie nigdy nie miało znaczenia to gdzie mieszkam i tworzę. Na dodatek nie miałem pojęcia o tym, że miejsca te były naznaczone pewnym piętnem. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że kanciapa, w której spaliśmy i nagrywaliśmy z Chrisem to były dom pogrzebowy, a willa w Hollywood to posiadłość Polańskiego, w której banda Charlesa Mansona dokonała rzezi, gwałcąc i bestialsko mordując jego żonę - Sharon Tate. Z czasem dotarły do mnie informacje wręcz nieziemskie - podobno kiedy Polański sprzedawał ten dom, ściany i podłogi były jeszcze gdzieniegdzie zbryzgane krwią. Rzecz wręcz niewyobrażalna!!! Ale z moją weną nie miało to nic wspólnego. Nigdy nie stawiałem sobie za cel znalezienie domu, który pomógłby mi w twórczym orgaźmie. To po prostu nie miało dla mnie znaczenia. Podobnie jest z odbieraniem muzyki.
Słyszałeś już "Fragile"?
Owszem. Słuchałem tej płyty dwukrotnie.
I co, wziąłeś do ręki książeczkę z tekstami i próbowałeś zastanawiać się o czym opowiadają?
Tak, robię to zresztą często.
Niepotrzebnie. Tak naprawdę nie liczy się to, o czym jest dany utwór. Ważne jest jak go odbierasz, jak go czujesz, jak wyobrażasz sobie jego treść. Mam nadzieję, że muzyka na tym albumie przemówi sama za siebie, że dobrze sama się obroni. Nie chciałem jednak, by "Fragile" był zaciemniony moją osobowością. Dlatego min. nie ma płytach moich zdjęć, na tej też nie. Podczas słuchania płyty twoja wyobraźnia musi być czysta. To tak jak z czytaniem książki i oglądaniem później filmu nakręconego w oparciu o nią. Film nigdy nie będzie tak dobry jak książka, bo czytając ja wcześniej tworzysz sobie w mózgu obraz poszczególnych osób, miejsc i sytuacji. Kiedy następnie widzisz to na ekranie i nie odpowiada to twoim idealnym wyobrażeniom, zniechęcasz się do całości. Spotkałem w swoim życiu kilka osób, które uważałem za swoich mentorów i idoli. W bezpośrednim kontakcie okazali się kupą gówna, kompletnymi świrami. Zawsze trzeba zachować trochę niewiadomych, pozwolić by ciekawość pozostawiła w tobie odcisk. Liczy się nie to, o czym mówi dany tekst ale to, co ten tekst znaczy dla ciebie.
Kiedy chodziłeś jeszcze do szkoły, występowałeś w musicalu "Jesus Christ Superstar". Grałeś tam rolę Judasza.
Czy myślałeś kiedykolwiek o tym, by ten musical przenieść do studia i nagrać jego wersję jako Nine Inch Nails?
Skąd, do cholery, wiesz o takich rzeczach?!! Wątpię bym coś takiego zrobił. Nine inch Nails było zawsze celem mojego życia, ale nie znaczy to, że pomysły tego typu są niezbędne do dalszej egzystencji grupy. Myślę, że gdybym nagrał ten musical w swojej wersji, wiele osób kupiłoby to. Nie wiem czy nie byłoby to sztuczne podbijanie własnej popularności. A przecież w Nine Inch Nails nie chodzi o faktury sprzedaży ze sklepów muzycznych, o tatuowanie dla szpanu swojego ciała, o pokazywanie się za wszelką cenę. Moja muzyka to rodzaj układu z moimi wewnętrznymi demonami i upiorami, stymulują mnie do życia, do działania.
Utwór "La Mer" z nowej płyty wydaje się opowiadać o śmierci. Boisz się zestarzenia?
Nie myślę o śmierci, nie próbuje wyobrazić sobie tego stanu. Przez ostatnie kilka miesięcy jestem pochłonięty pokazywaniem się w mediach. Widzę swoje zdjęcia na okładkach magazynów i wciąż pytam sam siebie: czy ten facet ma rzeczywiście 34 lata, czy nie? Moje zużycie biologiczne wynosi właśnie tyle, ale czuję się jakbym był 10 lat młodszy. Nie boję się śmierci, nie mam fobii na punkcie jej nieuchronności.
Powiedz kilka słów o twoim podejściu do religii i Boga.
Podczas nagrywania "Fragile" udało mi się znaleźć zakątek w moim własnym świecie poświęcony wierze. Wcześniej często popełniałem błąd polegający na nieumiejętności oddzielenia religii jako instytucji od życia duchowego i to zaprowadziło mnie w ślepy zaułek. Nie potrafiłem uznać duchowego zauważyć moich własnych potrzeb w tym kierunku. Teraz jestem już innym facetem niż w czasie wydania "The Downward Spiral". Wtedy nigdy nie dopuściłbym do siebie myśli o jakiejś nadprzyrodzonej, duchowej sile. Myślę, że wizja wygodnego, materialnego życia zbyt mocno wtedy mną zawładnęła. Teraz jest inaczej. Mam swoją, prywatną wiarę i nie akceptuję działań zmierzających do zinstytucjonalizowania religii i Boga. Bóg nie jest narzędziem do zdobywania władzy czy pieniędzy. Bóg jest częścią twojego wnętrza, tworzy intymną, duchową stronę twojej osobowości.
|
|